Nadchodzi eWUŚ, szpitalny upiór
  • Marek MagierowskiAutor:Marek Magierowski

Nadchodzi eWUŚ, szpitalny upiór

Dodano:   /  Zmieniono: 

Dzisiejsze dzienniki wspominają Teresę Torańską, autorkę m.in. słynnego zbioru wywiadów z dawnymi PRL-owskimi aparatczykami "Oni", a także rozmów z liderami opozycji "My".

Paweł Goźliński w "Gazecie Wyborczej" opowiada m.in. o początkach jej dziennikarskiej kariery: "Po studiach prawniczych dostała nakaz pracy w wydziale finansowym Powiatowej Rady Narodowej w Piasecznie. Nudy. Zdała więc na dziennikarstwo, ale prawdziwą szkołę zawodu w latach 70. dał jej reporter Jerzy Ambroziewicz w redakcji „Argumentów”.

„Wysyłał w teren - wspominała Torańska. - Złapałam ciężarówkę, bo lubiłam jeździć autostopem, rozmawiałam z kierowcą, opowiedział mi temat ciekawszy niż ten, który miałam. Ambroziewicz mówił mi: » To się nie wysiada z ciężarówki, jedzie się dalej i zmienia temat «”.

"To jest niewyobrażalne. Teresa była przecież samym życiem. Praca, bycie z nią, było zgodą na nieustanną gorączkę, bodźce, inspiracje" - pisze Goźliński. "Dzięki jej rozmowom stawaliśmy się bardziej świadomi tego, skąd przychodzimy i gdzie zbłądziliśmy".

***

Wszystkie gazety piszą też o niespodziewanej dymisji Krzysztofa Bondaryka, najdłużej urzędującego dotąd szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Najobszerniej - "Gazeta Polska Codziennie". "Dymisja Bondaryka jest jednym z etapów wojny pomiędzy Donaldem Tuskiem, a szefem ABW. Po wybuchu afery Amber Gold, w którą uwikłany jest syn Donalda Tuska Michał, premier zapowiedział reformę służb specjalnych".

Szczegóły miał opracować specjalny zespół, który właśnie zakończył prace. Zgodnie z jego zaleceniami ABW utraci najpewniej uprawnienia dochodzeniowo-śledcze.

"Krzysztof Bondaryk był kojarzony z Grzegorzem Schetyną i Zygmuntem Solorzem-Żakiem, u którego przez wiele lat pracował - był szefem ds. bezpieczeństwa w telefonii cyfrowej Era" - pisze Dorota Kania. "Pozbawienie ABW uprawnień śledczych oznacza odebranie jej wszystkich spraw. (...) Chodzi m.in. o postępowania dotyczące branży energetycznej, w których przewijają się nazwiska osób z otoczenia premiera, takich jak np. Jan Krzysztof Bielecki, szef Rady Gospodarczej przy premierze, czy Krzysztof Kilian, zaufany człowiek Tuska, szef Polskiej Grupy Energetycznej".

***

"Rzeczpospolita" pisze na czołówce o propozycji obcięcia pensji unijnych urzędników niższego szczebla, co miałoby "zagrażać naszemu wpływowi na powstawanie europejskiego prawa". W Komisji Europejskiej pojawiły się także pomysły na wydłużenie ścieżki kariery w instytucjach UE. "Dotknie to przede wszystkim urzędników z nowych krajów UE. A to właśnie urzędnicy w Komisji tworzą projekty legislacyjne. Gdy przechodzą one potem na szczebel polityczny, można próbować je zmieniać, ale jest to znacznie trudniejsze niż na etapie powstawania pierwszej wersji" - tłumaczy korespondentka "Rz" w Brukseli, Anna Słojewska.

Polska ma w Komisji tylko jednego dyrektora generalnego (na 33) - Jan Truszczyński zajmuje się edukacją i kulturą. "Próbowaliśmy się dowiedzieć, ilu dokładnie kierowników i dyrektorów z poszczególnych państw pracuje w Komisji" - pisze Słojewska. "Rzecznik komisarza Markosa Szefcovica, który nadzoruje administrację i kadry, podał nam jedynie zbiorcze zestawienie dla 15 państw starej UE i 12 nowych. Oświadczył też, że na średnim szczeblu kierowniczym „panuje równowaga geograficzna", bo z nowych krajów UE pochodzi 17 proc. naczelników wydziałów, co odpowiada proporcjom ludności – w „nowej" UE mieszka 20 proc. obywateli Unii".

Gdy jednak przyjrzeć się liczbom bliżej, okazuje się, że polskich urzędników w Brukseli, szczególnie na wyższych szczeblach, jest wyjątkowo mało. Tym samym nasze wpływy w Komisji są właściwie zerowe. "Na szczeblach od AD9 do AD11, na których rekrutuje się naczelników wydziałów, jest 46 Polaków i 272 Hiszpanów (to kraj najbliższy nam w Unii liczbą ludności)" - przypomina autorka. "Na szczeblach wyższych, gdzie szuka się kandydatów na stanowiska dyrektorskie, Polaków jest zaledwie 38. Dla porównania reprezentacja Hiszpanii wynosi 468, Wielkiej Brytanii – 438, Francji – 650, Niemiec – 591, a Włoch – 528".

591 Niemców na 38 Polaków - przy takich proporcjach nawet pod Grunwaldem nie mielibyśmy szans, a co dopiero na brukselskim Grand Place.

***

"Gazeta Wyborcza" opowiada o nowym biurokratycznym absurdzie zafundowanym szpitalom i pacjentom przez NFZ, a mianowicie Elektronicznej Weryfikacji Uprawnień Świadczeniobiorców.

"Od 1 stycznia musi z niego korzystać każdy szpital i każda przychodnia - inaczej Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłaci im za leczenie. Rejestratorka loguje się do bazy i wpisuje PESEL pacjenta. W ciągu kilku sekund dostaje odpowiedź, czy pacjent jest w bazie ubezpieczonych NFZ, czy nie. W tym drugim wypadku musi złożyć oświadczenie, że opłaca składki" - wyjaśnia Judyta Watoła.

Miała być e-rewolucja, wyszedł urzędniczy e-bubel. Szpitale muszą bowiem potwierdzać świadczenia chorych... codziennie, nawet tych, którzy zgodnie z prawem mogą leczyć się bezpłatnie, np. dzieci. Albowiem, jak tłumaczy w tekście rzecznik Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (to ono przygotowało nowe przepisy), "może się zdarzyć, że pacjent w trakcie hospitalizacji utraci prawo do bezpłatnego leczenia, a w takim przypadku za część pobytu w szpitalu będzie musiał zapłacić sam".

"Szpitale mają jeszcze jeden kłopot. Jeśli pacjenta nie ma w eWUŚ, to nie wiadomo, jak zaznaczać w elektronicznych sprawozdaniach z leczenia słanych do NFZ, że chory złożył oświadczenie albo przedstawił druk potwierdzający, iż firma opłaca mu składki" - czytamy w "Wyborczej". Na nowym systemie nie zostawia suchej nitki były minister zdrowia Marek Balicki: "Druk jest ważny 60 dni, ale do sprawozdania i tak trzeba codziennie wpisywać, że on jest. To absurd, który pokazuje, jak bardzo przepisy są niespójne. Czy nie prościej zrezygnować z wydawania na cały system ewidencji ubezpieczonych 130 mln zł, skoro tylko 1 proc. obywateli nie ma ubezpieczenia? A i tak w trudnej sytuacji bytowej ich leczenie opłacane jest przez państwo. Może łatwiej po prostu dać prawo do bezpłatnego leczenia wszystkim obywatelom?".

A może jeszcze łatwiej dać Polakom możliwość prywatnego ubezpieczania się, zlikwidować NFZ i rozpędzić tę zgraję urzędasów wymyślających i egzekwujących niemądre przepisy?

***

Na koniec dobra wiadomość z "Dziennika Gazety Prawnej". "Poprawa infrastruktury drogowej w postaci nowych autostrad, dróg ekspresowych oraz remontów istniejących połączeń zaczyna przynosić pierwsze efekty. (...) W całym ubiegłym roku wskutek wypadków drogowych życie straciło ponad 3,5 tys. osób. To o 16,3 proc. mniej niż w 2011".

Na odcinkach dróg, które zostały wyremontowane, liczba ofiar śmiertelnych zmniejszyła się o ok. jedną trzecią. Zaś liczba wypadków i rannych o ponad jedną czwartą.

Według "DGP" część zasług za spadek liczby ofiar przypisuje sobie także Główny Inspektorat Transportu Drogowego, nadzorujący coraz większą sieć fotoradarów. Owszem, zasługi są niewątpliwie. Problem w tym, by znaleźć złoty środek. Gdyby bowiem ograniczyć dopuszczalną prędkość na szosach do 30 km/godz., ustawić kolejne tysiąc radarów i wlepiać jeszcze wyższe mandaty, prawdopodobnie kraks byłoby jeszcze mniej. A nie byłoby ich w ogóle, gdybyśmy wszyscy zaczęli się przemieszczać na piechotę.

W obowiązkowych kaskach, rzecz jasna.

Czytaj także